niedziela, 14 lipca 2019

Eurotrip - Bilbao


Impresje
 
Po Francji na stała kolej na Hiszpanię. Na razie jeden przystanek - kraj Basków - Bilbao.

Camping spoko. Prawie sami Hiszpanie i klimat też inny, luźniejszy. Już na wjeździe na camping widać że tu się żyje inaczej bo np cisza nocna się zaczyna o 24 hhyhy :).  Ludzie wspólnie gotujący i jedzący w sporych grupach posiłki. Ludzie nie moją się patrzeć na innych. Siedzisz sobie przed swoja przyczepą, ktoś idzie drogą i się centralnie patrzy na ciebie..."hola" i idzie dalej - faaajne, inne :).

Bilbao 
W Bilbao standardowo, przespacerowaliśmy się po mieście. Ładne miasto, ładne budynki, ciepły klimat, powietrze jakieś lżejsze.  Reka wynalazła informację że w Bilbo trzeba zjeśc lokalne specjalności - czyli kanapeczki z owocami morza. I faktycznie te małe kanapeczki mozna dostać prawie w każdym barze.  My zjedliśmy takie - smaczne :)


Odwiedziliśmy też Muzeum Guggenheim.
 Architektoniczne wygibasy nie tylko z zewnątrz ale też wewnątrz budynku. Fajna galeria, i zbiory ale nadal moją ulubioną pozostaje Luiziana.











Eurotrip -Francja

Zawsze myśląc o Francji miałem wątłe uczucia. II WŚ mogli pokazać się lepiej, nie chcą mówić po angielsku (ani w innych obcych językach) - bo duma, "samochodów Francuskich i na F niekupować", wino-wino, wieża Eifla i Luwr  - w każdym razie nie miałem specjalnie pozytywnego (ani negatywnego) wizerunku. Ot taki "stary jak Europa kraj" z tradycjami ale chyba nieidący z duchem czasu tak jak szedł, bądź nadawał tempo w przeszłości.
Teraz jestem bogatszy o 9 dni spędzone w tym kraju i powiem że może nie zmieniłem diametralnie  zdania na wiele powyższych opinii/stereotypów ale w każdym razie myślę że Francja  da się lubić i nawet jest "cool"

Luc-suc-Mer
Pierwszym stopem we Francji było miasteczko na północy Francji - Luc-sur-Mer. Miasteczko nieduże nad samym morzem i do tego takie takie "francuskie". Przed tym wyjazdem byłem we Francji tylko raz i to w Paryżu, także moje wyobrażenie o tym kraju ogranicza się do medialnego info z internetu oraz filmów z Luis de Funesem. I to miasteczko jak zresztą w większości Francja którą widziałem podczas tego wyjazdu bardziej wchodzi w kanon filmów Louis de Funesa. Małe domki budowane z cegły bądź kamienia. Wąskie uliczki i Francuzi, chodź po angielsku słabo to pewien jestem że po Francuzku nie maja sobie równych ;).  Kemping spoko, trawka przystrzyżona, 200m od morza i za rogiem kafejki bary itp.  Na zdjęciu poniżej właśnie takie oto morze za plecami. Kolejek ani tłoku nie było więc było pięknie.

Caen i Bayeux
jakieś 20 km od Luc-dur-Mer znacznie większe miasta - Caen i w równej odległości Bayeux. Oba miasta bardzo identyfikują się z tym co się działo na tych ziemiach podczas II wś. Co chwile jakiś bar, restauracja czy sklep z pamiątkami nawiązuje do lądowania USA, Kandy i innych sprzymierzonych na plażach Normandii. Dość zabawne jest to że w kraju gdzie relatywnie trudno znaleźć mówiących po angielsku - akurat tu na sklepowych witrynach widnieją hasła i rysunki żołnierzy amerykańskich z tamtego okresu właśnie w języku angielskim. Do tego ulice po przewieszane flagami zwycięskich państw nadaje atmosferę "Francji extra"   - i to pomyśleć za sprawą jednej (dużej/znaczącej) bitwy.

 I te budynki i ta architektura...
Fajne, naprawdę miłe dla oka są te budowle, jak ma coś rozmach to głównie są to kościoły lub jakiś zamki królewskie sprzed 400-500 lat ale muszę przyznać, że po po obejrzeniu kilku w swoim życiu kolejne są jak brzydsze bądź ładniejsze siostry. Myślę że we Francji te siostry są ładniejsze i cieszą oko nawet bardzo.
 Bardzo podobają mi się te stare domy. Myślałem kiedyś że ten typ budownictwa jest typowy dla Danii jako że tam widziałem takich domków sporo, nawet takich co maja prawie 500 lat. Cóż we Francji też takie mają,.. a może to dlatego że to "Normandia"?.
'


Octavia to nie terenówka
Na szczęście na koniec dnia ale zawsze to przykra sprawa. Po całym dniu chodzenia, zwiedzania nastał czas powrotu do "domu". Cieszyłem się, bo to był naprawdę dobry dzień i udało się nam sporo zobaczyć i czas na relaks się nam należał. No ale, tata na moment zapomniał że Skoda Octavia to nie terenówka i najechał na krawężnik niefartownie. Także sprawiłem sobie dodatkową wieczorną gimnastykę a dla samochodu dnia następnego 2 nowe oponki z przodu :)



Vannes

Prawie 2000 lat temu sięgają początki Vannes. Nieduże miasto na zachodnim wybrzeżu Francji. Super ulokowane jeśli ktoś szuka morza, ciepła, zabytków i dość kameralnej atmosfery - to jest to  miejsce!





W okolicach Vannes pozwoliłem sobie trochę polatać na kajcie. Super sprawa, szczególnie że w miarę podróży przesuwamy się coraz bardziej na południe i woda staj się coraz cieplejsza :)


Na pierwszym planie Adaś a ten na wodzie to ja :)


Helenka pomagała mi ogarnąć sprzęt :).




Bordeaux
 Kilka godzin i jesteśmy na naszym trzecim stopie we Francji. Pierwsza rzecz to nie miałem pojecia że tak się pisze nazwę tego miasta.  Zawsze miałem wyobrażenie że pisze się to jak słyszy czyli "Bordo" lub coś bardzo zbliżonego do tego ale nie. nawet sprawdziłem na Wikipedii polskojęzycznej nie ma "bordo" a jest właśnie Bordeaux. Dziwna sprawa bo Kopenhaga to właściwie København, Nowy Jork to New Jork, Paryż to Paris więc czemu tak te Bordeaux...

Tak czy inaczej jest to fajne miasto i to nie będzie zaskoczenia ale mają dobre wino:).

W Bordeaux klasycznie przeszliśmy się po mieście. Helence i Adasiowi bardzo przypadła do gustu miejska fontanna.

 Po męczącym bieganiu po tafli fontanny Helenka postanowiła se odpocząć leżąc plackiem.




St Emilion- winnica Candale
Jak region Bordeaux to wizyta w winnicy jest obowiązkowa. Jak winnica to po wschodniej stronie Bordeaux. A dokładniej jak ma być "tip top" to winnica we wsi St Emilion. Ponoć najbardziej znana francuska wieś w świecie win. Produkuje się tam gazyliony wina rocznie i przypuszczam że co drugi jej mieszkaniec ma czarny pas w produkcji wina.  My odwiedziliśmy Winnicę Candale. Wycieczka po winnicy rozpoczęła się od przechadzki po polu. Kobietka tłumaczyła jaki rodzaj gleb tam maja iże za wzgużami glaba jest inna iże to i tamto. Potem przeliśmy  się krok po kroku po pomieszczeniach gdzie wytwarza się wino. Babeczka tłumaczyła nam podstawy winiarstwa. W każdym razie tego czego się nautycznym podczas tej wizyty to że jest naprawdę tysiąc czynników wpływających na wino - gleba, ilośc słońca, ilość opadów, wiek roślin, gatunek winogron, późniejsze mieszanki i domieszkowanie wina z jednego gatunku winogron do innego etc etc. W winnicy Candal maja tam mistrza co robi te domieszki wina i gościu pracuje tam ponad 30 lat. Tak se myślę ze mając taka robotę przez ponad 30 lat pewnie nie raz zdażalło mu się na bombie wracać do domu....

 Jedno z pól z krzakami winogron w winnicy Candale.

Wizyta w winnicy zakończyła degustacja wina oraz późniejsza finalną degustacja winka 2.0 na campingu.


Jaskinie i pierwsza sztuka cywilizacji człowieka.
Zawsze mnie ciekawił początek cywilizacji człowieka. Kiedy to się zaczęło i od czego. Pewnie jedną z odpowiedzi jest sztuka i jej malowana forma. W jaskiniach w południowej Francji pradawni ludzi malowali na ścianach swoje myśli prawie 20 tysięcy lat temu. Udało mi się zrobić jedno zdjęcie - nosorożców (okazało się że nawet bez flasha robić zdjęć nie wolno).


Wycieczkę w głąb jaskini odbyła się w kolejce wąskotorowej. Niestety, przewodnik opowiadał tylko po Francuzku ale najważniejsze było na ścianach. Zjechaliśmy kolejką kilometr w głąb jaskini. Wyryte w skale kształty zwierząt zaczęły się pojawiać już po kilkudziesięciu metrach. Dalej było jeszcze lepiej i jeszcze więcej. Rysunki nosorożców, mamutów, koni, bizonów. Niesamowite,  ktoś prawie 20 tys lat temu przelał na ścianę "myśl" i w pewnym sensie esencję ichniejszego życia.

Zastanawiam się czy to była wiadomość w przyszłość, czy modła do Bogów - pewnie to drugie. Ale funkcję wiadomości dla przyszłych pokoleń też spełnia, taka klepsydra na 20 tys lat.

Zastanawiałem się co ja bym dziś wymalował na ścianach jaskini wiedząc że ta wiadomość przetrwa 20 tysięcy lat. Może linka do konta na bloggerze, w końcu internet może być wieczny.














czwartek, 4 lipca 2019

Eurotrip 2019 - Niemcy - Holandia - Belgia


A więc stało się. Wieloletni plan na pograniczu fantazji i rzeczywistych możliwości zostaje wdrążony - mój eurotrip.

Początki 
 Chyba, pierwszy raz jak tan pomysł przyszedł mi do głowy musiał to być jakoś w okolicach 2011 roku. Prawdopodobnie powiązana z wyjazdem na Islandię. Wtedy na quadzie z Reką przejechaliśmy prawie 1000km w 11 dni. Było wtedy oczywiste to że zakładając rodzinę - przez następne 15 lat nie zrobimy takiego wyjazdu także potrzebny był pomysł na podróż i koncept medium transportu dla kilku osobowej rodziny. Chyba w ten sposób pomysł eurotripu się zradzał, nie pamiętam dokładnie. Czasem myślę że pomysł tego wyjazdu był zemną po prostu od zawsze. Ale na pewno od jakiegoś czasu (lat iluś) idea tego wyjazdu we mnie narastała ewolucyjnie i co jakiś czas poświęcałem troche czsu na jakieś przygotowania lub przemyślenia konceptu w jaki sposób to zrobić.  Napoczątku miął być to kamper. Idelanie jakiś stary mercedes w dobrym stanie technicznym. Noi trasa kraje bałtyckie-Finlania-Szwwecja-Norwegia-Dania- Pn Niemcy-... mniej więcej tak jak na zdjęciu poniżej.



Z tym że pracując w korpo i będąc do tego jeszcze głodny rezultatów w tymże korpo - podróż po Europie starym mercem nie bardzo się wpisywała w szablon ścieżki kariery bądź standardowego szablonu CV. Także, myśląc o tym wyjeździe wiedziałem już wtedy że może się on odbyć ale we właściwym ku temu momencie życia - pierwotnie miał to być mój powrót do Polski z Danii. 

Dziś
Dziś jest, 4 lipca 2019 i jestem gdzieś na zachodnim wybrzeżu Francji w okolicach Miasta Vannes. Siedzę sobie wygodnie na sofce w przyczepie i zbieram motywację do zwiedzania kolejnego miejsca na naszej eurotripowej roucie. Eurotrip pełną gębą, 2,5 tygodnia za nami a przed nami jeszcze prawie 2 miesiące.

Starego merca nie ma ale jest za to "także nie nowa" przyczepa campingowa ;)




 i plan na route jest trochę skromniejszy bo tylko/aż 12000km bez Skandynawii. Brak czasu aby cały misterny plan wdrążyć w życie. W końcu trzeba też coś zostawić na przyszłość.



Pierwsze dni
O rany pierwsze dni to była mocna przeprawa. Tylko raz w życiu jechałem przyczepą campingową. A ten raz to był tydzień wcześniej, 200km i na koniec jeszcze nie zmieściłem się w bramie i uszkodziłem zewnętrzną ścianę przyczepy. I wtedy zamiast się uczyć obsługi instalacji w przyczepie - szpachlowałem i malowałem uszkodzenie. 

18-06-2019 - dzień wyjazdu
Z bardzo skromnym doświadczeniem w caravaningu postnowiliśmy wyruszyć na 2,5 miesiąca podrozy. pakowaliśmy sie od rana. Wkładając i przekładając rzeczy z miejsca na miejsce. Około godziny 16 - koniec - gotowi do wyjazdu. Pożegnałem się z ochroną na parkingu i wyruszyliśmy w podróż. Tylko jeszcze jedna rzecz przed nami do sprawdzenia -waga przyczepy. To drobnostka myślałem,  zwykła formalność bo przecież według papierów mogliśmy załadować ponad 200kg rzeczy a te nasze baże warzyły może max 150 kg. Zajechaliśmy do Pruszkowa na ważenie i ZONK - 1520 kg a nasza max waga powinna być 1427kg. Sic! jak to się stało? jak to jest liczone? prawie 100kg nadbagażu? - A więc nawrotka spowrotem pod blok. Przywitajka z ochroną, (twarz ochroniarza trochę zmarniała bo świecił oczami przez ponad tydzień że pozwolił nam stać przyczepą na parkingu blokowym). Noi rozładunek. Z bólem serca pozbyłem się swoich narzędzi, kilku par ciuchów, książek itp. Zbiliśmy wage do właściwej i heja 2.0. Tym razem już pojechaliśmy dalej niż do Pruszkowa ;)

Niemcy  - Harz-Camp Göttingerode
 
Takie cudo!  - Jeszcze nie dysponuje dronem aby zrobić takie zdjęcie więc skorzystałem ze stronki campingu.

Piękne miejsce, jakiś górotwór w środkowych Niemczech.  Wzgórza po 1200m npm. Super zalesione i pod ochroną Narodowego Parku. Piękne okolice na spacery i co w naszym przypadku sprzyjające warunki aby oswoić się w końcu ze sprzętami w przyczepie oraz z myślą o przygodzie eurotripowej.

Zrobiliśmy też mały trekking po okolicy. Na początku wszyscy byli pełni energii i gotowi aby zdobywać szczyty pobliskich wzgórz


....ale...Nie trzeba było dużo czasu aby Helenka powiedziała pas i tata okazał się całkiem użytecznym mobilnym łóżkiem.



Holandia - Amsterdam/ Haga - Camping Waterhout Almere

Wszyscy chyba słyszeli że Amsterdam to europejska stolica palenia zioła. I faktycznie, w centrum kilkanaście metrów od budki w której można kupić bilety na rejs łódką po amsterdamskich kanałach zaczynają sie coffeshopy a tam jointy, zioło, grzyby, nasiona, gaz rozweselający  - słowem raj narko-turyzmu. I naprawdę sporo wiary tam można było zobaczyć. Nawet, nie wiem czy za sprawą szczęścia czy statystyki, spotkałem tam sporą ekipe polaków degustujących gaz rozweselający ze zwykłych gumowch balonów.

Gościu na rowerze i Holenderscy kierowcy.
Nie mogę wyrobić sobie zdania czy Holendrzy to wyluzowany naród czy tez trochę nerwusi. Z jednej strony na drogach podobnie zachowują się jak warszawiacy - jak się zapaliło zielone światło i mineło już 1/5 sekundy to znaczy że trzeba zacząć trąbić. Ale z drugiej strony - raz wracając samochodem na kemping na ostatnim kilometrze jechał przed nami gościu na rowerze jarając jointa. Droga była dość wąska a cwaniak jechał tak tą drogą że nie mogłem go wyprzedzić bez narażania go i siebie na stłuczkę. Gościu w pewnym momencie się obrócił, zakodował że chcę ale nie mogę go wyprzedzić - i co ? - i se w najlepsze jechał dalej swym idealnie zygzakowatym torem jazdy.  W pewnym momencie zaciągną kolejną chmurę i zapewne chciał złapać kierownice spowrotem  - ale niestety - joint wypadł mu z ręki i padł na drogę. Gościu się obrócił i dopiero wtedy zauważyłem zakłopotanie na jego twarzy pewnie wynikające z faktu ze trzeba sie zatrzymać a za nim jedzie samochód. Idealnie zaparkował rower na poboczu a ja mogłem go ominąć. Wilk syty i owca cała ;)

Mały kraj, małe cegły.
Jak już byłem w kilku miastach w kilku różnych krajach to zacząłem zauważać że nie sama tylko architektura jest różna dla różnych regionów. Różne są też wymiary podstawowego budulca jakim są cegły. Noi mnóstwo budynków w amsterdamie/Hadze jest zbudowanych właśnie z małych cegieł. Ładnie to wygląda, cieszy oko taki widok z napakowanych wąziutko cegiełek ale jakbym był murarzem bez fetyszów do fugowania to pewnie bym marzył o pełnowymiarowych cegłach.


Woda, woda, wszędzie woda! ...i te domy na niej
 Wody w Amsterdamie nie brakuje, to miasto jest wręcz pocięte wzdłuż i w szerz kanałami, wąskimi i szerokimi, skrzyżowaniami wodnymi, mostami i mostkami. W sumie ronda na wodzie nie widziałem tam ale wszystko jeszcze przed Holendrami.


Jakbym miał kiedyś zamieszkac w Amsterdamie, a taka myśl mi nawet przemknęła przez głowę to napewno chiałbym spróbować mieszkania na domu na wodzie. Te domy kiedyś były bardzo tanią alternatywą aby mieć "blisko do centrum" ale dziś juz tanie nie są. Poza cenami też zmienił się komfort jakie te domy dają. Maja tam przyłącza gazowe, elektryczne, wodne. Jak zwykły dom tylko dają w bonusie + 10 do lansu!


Śledź z cebulą
Co kraj czy większy region ma dla siebie jakieś "typowe" dania czy wyroby. I tak też jest w Holandii. Na marginesie - zawsze mi się śmiać chciąło z Duńczyków że w Danii jedno z typowych duńskich dań to "danske frikadeller" a po naszemu - mielone! Ale wracając do HOlandiii jedzenia otóż w holandii przysmakiem regionalnym jest marynowany śledź z cebylą. Nic w smaku nie ma w tym daniu oryginalnego ale trzeba im przynac że sprzedawane śledzi z cebulą z ala hotdogowych budek to już jest coś. Do takiego dania jak na zdjęciu nie dostajemy żadnego widelca ani innego narzędzia - dostajemy zato  odświeżającą chusteczkę aby po jedzeniu elegancko se umyć paluszki :)



Belgia
Po kilku dniach w Holandii przyszedł czas na Belgię. Po kilku godzinach jazdy zamontowaliśmy się na kempingu w okolicach Brukseli aby mieć dobry wypad na miasto oraz na pobliską Antwerpię. Kemping standardzik, prysznice, place zabaw dla dzieci, nawet bar.

Sint-Niklaas
To było pierwsze miasteczko w Belgii które odwiedziliśmy. Ot tak bo było blisko kempingu a itak mieliśmy zrobić zakupy. Moje odczucia po wizycie w tym  misteczku były dwojakie. Z jednej strony piękne stare budynki a z drugiej strony miałem wrażenie że nie ma tam prawie żadnych rodowitych Belgów. Sami imigranci. I jeszcze w samym centrum mista na głównym deptaku wdali się w jakaś awanturę między sobą i krzyczeli na siebie pełnymi głosami. Powiedziałem wtedy Rece że wprzyjechaliśmy odwiedzić Belgię o 15 lat zapóźno.

Antwerpia - dużo lepiej
W Antwerpii był zupełnie inny klimat. Mnóstwo ulicznych kafejek, ludzi czytajacych książki bądź rozmawiających ze sobą. Było naprawdę spoko. Ulice i domy i kamienice też super. A takie detale jak na poniższym zdjęciu że jakaś roślinka se rośnie "pod chodnikiem" - genialne!

 Było coraz bardziej bogato. Piękne kamienice. Wiele z nich bardzo starych. Wiele osob w tym mieście dorobiło się fortun na handlu i obróbce diamentów.  Jak się póżniej dowiedziałem to bogactwo ma też swój koszt z tym że koszt w innej cześci świata... Tu same superlatywy.
 Noi jak w mieście diamentów to zaszliśmy do muzeum diamentwów. Adaś szczegulnie polubiuł ten temat diamentów. Walory fianasowe diamnetów jak ich fizyczne właściwości - jak np twardość lub przewodnictwo proądu. Niestety ale po kilku rundach pytań od syna wymiękłem - "...tato diament jest twardy ale jak piorun uderzy w diament to go zniszczy czy nie..." etc.

Bruksela
Jeszcze lepsze wrażenia z Brukseli. Miasto naprawde duże i miasto naprawde bogate. Piękne budynki, gdzie architekci i rzemieślnicy musieli spedzić tysiące godzin na planowaniu i wykonywaniu detali.



Także skąd to bogactwo. Zastanawiałem sienad tym wielokrotnie. Poniżej jest odpiwedź. Może nie definitywna jednakże napewno składowa. Belgiski król Leopold II bardzo przyczyniał się do wzbogacenia siebie i Belgii. Gościu był bardzo skoncentroany na kasie, ale aż do tego stopnią że można by powedzieć że nie wiediział specjalnie innego sensu w życiu niż zarabiania kasy. Można powedzieć "wszystko OK, chciał to zarabiał" ale jak się dowiedziałem gościu miął mroczną stronę i to bogactwo Belgii też ma drugą stronę medalu. Mianowicie Leopold II  miał plan uczynienia z Belgii mocarstwa i między innymi chciał aby kraj się wzbogacił na koloniach których Belgia w jego czasach jeszcze niemiała. Wiedziąl on też to iż jeśli wypali że chce założyć nową kolonie w Afryce to nikt mu na to nie pozwoli - także przez wiele lat prowadził misje chceścijańskie ukierunkowane na ludność zamieszkującą Kongo. I tam budował struktury, kontakty aż aby w pewnym momencie oświadczyć światu że on pomoże Kongijczykom aby aby stworzyli swoje państwo - noi pomógł między innymi w ten sposób że "kupował" od Kongo gumę na potrzby indystrializującej się Europy, a tą gumę pozyskiwał między innymi w ten sposób że lokalni mieszkańcy byli łapani przez Belgijskie wojsko, następnie ojcowie i mężowie byli wyławiani z tych grup i  puszczani "wolno" ale na odchodne słyszeli że jeśli nie przyniosą do końca dnia iluś tam kilogramów kauczuku to wojsko zaboje ich żony i dzieci lub w lżejszym wypadku pozbawi ich dłoni.  Suma sumarum dzięki angażowaniu sie Leopolda II w Kongo zmarło tam okolo 9 milionów ludzi a poniżej pomnik Leopolda II w Brukseli.
Prawdą jest to że historię piszą zwycięzcy.


Zdecydowaliśmy się na wycieczkę do parlamentu europejskiego. Całkiem spoko chodź Helenka miała na koniec dość tej polityki. 


 De Panne
Na koniec Belgii zajechaliśmy na trzy noce do De Panne. Misteczko nad samym morzem. Super fajne i turystyczny, urlopowy klimat w każdym rogu. Plaże mistrz, szerokie i super piaszczyste :)