sobota, 20 września 2008












Chlopek roztropek

Moja rozstropnosc czasem mnie przeraza. Zawsze bylem tego swiadomy iz jestem nienajlepiej zorganizowana osoba ale mam nieodparte wrazenie ze osatnimi czasy moja ¨rozropnosc¨ wchodzi w wiek dojrzaly i coraz wiekszy wplyw wywiera na moim losie. "Za 5 dwunasta" rozpoczynam robic rzeczy ktore powinne byc w tym czasie ukonczone. Niby pracuje nad soba, czytam roznorodne ksiazki i publikacje, pisze plany dnia ....ale final finalem jest zawsze taki sam - "za 5 dwunasta" .....-budze sie z letargu i zaczynam dzialac.

Tak bylo i za tym razem, wprawdzie niemaialem tygodni aby zaplanowac moja podroz, bo decyzje o niej podjalem dosc spontanicznie -kilka dni przed wyjazdem. Ale wciaz bylo to kilka calych dni aby sprawdzic hostele, transport, mapy itp. Zaczalem sie interesowac tymi "technicznymi sprawami" w dniu wyjazdu.
Obudzilem sie jak zwykle po poludniu. Leniwie przeciagajac sie zabralem sie za podjecie decyzji zrobienia sniadania ktore finalnie okazalo sie wedzona makrela z Lidla. Opieszale zajadajac sniadanko rzmazlam sie wpatrzony w ekran monitora o nadchodzacej wielkimi krokami podrozy. Po jakims czasie przypomialem sobie przeslanie jednej z ¨motywujacych ksiazek¨jaka przeczytalem oststnimi czasy- ¨najpierw sprawy najwazniejsze¨. Odlozylem fantazjowanie o nadchodzacej podrozyna bok i zaczalem sie powaznie brac za sprawy techniczne....noi sie zaczelo - 10 minut do pociagu jesli chce bezpiecznie dojechac na lotnisko.
Noooooo...wojtunia brawo!!! pomyslalem- skads to znamy co???? Niebylo szans. Makrela nieskonczona, rzeczu nie spakowane, ja wymagam jakijs kapieli. Kilka minut pokrecilem sie w panice po pokoju i ostyglem. Wymysliem realistyczny i kosztowny "plan B".
W ciagu nastepnych 30minut jak "dziki reks" biegalem po mieszkaniu w ta i zpowtorem otwierajac i zamykajac kilka ktorenie te same szafki w poszukiwaniu to kolejnych przydatnych rzeczy na moja wyprawe.

Z uwagi na to iz w Valencji przylot byl planowany na 23:30, "roztropnie" juz w samolocie postanowilem przewertowac przewodnik w poszukiwaniu jakiejs opcji hostelowej.

Zonk

Niema, Moja nadzieja, zrodlo wiedzy i bezpieczenstwa - przewodnik (dostalem go na urodziny). Tak naprawde okazal sie niebyc przewodnikem po krajach a raczej opisywal ciekawe miejsca ktore nalezy w nich zobaczyc. Zero informacji o noclegach, transporcie, pogodzie jedzeniu - shit! pomyslalem. I co ja teraz zrobie w srodku nocy na lotnisku?

Tylko spokuj moze nas uratowac

Zaczalem sie blokac polotnisku w poszukiwaniu jakiejs opcji, informacji turystycznej, mapy czegokolwiek co moglo bymi pomuc. Po jakis 20 minutach serwis sprztajacy prawie calkowicie opanowal terminal i musialem sie zawijac. Tylko spokuj moze nas uratowac¨ chyba z 15 razy powtozylem sobie to zdanie w myslach i zrobilo mi sie lepiej. Wychodzac z lotniskowego terminalu kupilem po drodze jakas bulke i kole. Taka mila otoczka podczas umyslowej kombinatorkyki wyjscia z sytuacji. Postanowilem ze wezme metro i pojade do centrum. Tam cos napewno bedzie sie dzialo..

Mowa ciala

W metrze jechala zemna tylko jedna osoba, jakias hiszpanka postanowilem ja zapytac gdzie mam wysiasc i moze jaks stacja autobusowa czy cos? cokolwiek...
"gadalismy" moze 10 minutz tym ze ona niewymowila ani jednago spowa po angielsku a ja mowilem po polsku, dunsku i angielsku konsruujac coraz to nowsze sposoby akcentowania wyrazow z nadzieja ze ktorys z nich tafi w zrozumienie. Tak!! - "Autobus Station" i "Centro" skumala. I rozpoczela mi tlumaczyc gdzie mam wysiasc i jak dojsc.
Bylem pod wrazeniem. Kobietka uzywala tak sprawnie mowy ciala ze zrozumialme praktycznie wszysko. Skrzywoania, prosto potem w lewo, rondo podmiejski autobus lini 33 itp... Z milym usmiechem pozegnalismy sie i poszedlem.

Plan C - Granada
Podazajac za otrzymanymi wskazowkami natrafilem na dosc intersujacy budynek. Hmmmm...co to jest? Fajna architekrura..podejde blizej wchodac do wspomianego budynku ukazala mi sie przed oczami wielka tablica wysadzona chyba 1001 diod. I napis, pierwszy z gory "Granada 00:51". Hmmm...A moze Grenada? to jest na poludniu przeciez, hmmm...pociag odjezdzal za jakies 20 minut wiec bylo by w deche:) niepotrzebuje hostelu, jeszcze zdaze sie najesc. Tak! to jest Plan! -Plan C!

Z rana dojechalem do Granady, fajnie palmy, pomaranczowe pomarancze na drzewach, piekne kobiety i slonce- cieplutko:)) Ha!
Zabralem sie za poszukiwania hostelu, slabo mi szlo, nawet ludzie zza recepcyjnych lad czesto nierozmawiali po angielsku. Jak to bywa w moim zyciu mialem farta. W pewnym momencie zobaczylem na chodniku 3 dziewczyny stojace z mapa. Ha! tyrystki! ha mowia po angielsku! HA! mam farta! i tak tez bylo dziewczyny mialy nawet wydrukowana mapke jak dojsc do hostelu wiec bylem uradowany niezmiernie:))

Moja oaza -Oasis hostels
mmmm...ale hostel, jaki klimat naprawde swiatena sprawa. Hostel tak jak lubie taras na dachu i nocne rozmowy na nim. Przewijacy sie ludzie non stop, dzikowsc i rzadza przoygody w oczach mlodzoiutkich erazmusow co w wiekszosci okupowali to miejsce poszukujac miedzyczasie mieszkania.
Juz pierwszego dnia poszedlem na impreze dla erazmusow...co za zrzadenie losu w danii calosciowo doswiadczen imprez tego typu mam ze 3 lata ...przyjzdzem do hiszpanii jade pociagiem przez cala noc , po omacku trafiam wkoncu do jakiegos hostelu a tu bach! - erazmusowa impeza..heheh.

Granada jest piekna.
kilka zdjec krajonrazow umiecilem powyzej, Miasto zalozone ponad 1200lat temu przez muzulmanow obfituje po dzisdzien w pieknem architektury, magia waskich (ponoc niebezpiecznych) uliczek wieczorami czesto wypelnionych zapachami palacych sie szisz.
Chodz Granada swoja swietnosc miala okolo 700lat temu, bedac w tym czasie najwazniejszym miastem pulwyspu Iberyjskiego, zdecydownie po dzis dzien mozna sie zachwycac peknem pozostalosci tych odleglycch czasow.
Alchambra (foto powyzej) fortyfikacja wzniesiona przez arabow w XIIIw jest zachwycajaca. Obszerne i pekne ogrody (nawadniane w jakis dziwny sposob do ktorego nie moglem zroumiec), mozajkami, malowidalmi sciennymi itp ...jednoczesnie cale to pieko i skarby otoczone grubymi murami chronicaymi wyznawcow Allacha przed najezdcami.

Genarelnie to przyjechalem do Hiszpanii na jakies 4 dni, na sniadanie. Zmienilem plñany i bede w Danii na koniec miesiaca.

czwartek, 11 września 2008

Sniadanie nad cieś. giblartarską

Cieślina Giblartarska, Przyczułek na inny świat

Cieślina gibraltarska od czasów jak bylem małym dzieckiem wydawała mi się magiczna. Bo to tu Europa a tu zaraz Afryka. A to ze wojska byłego Imperium Rzymskiego jak zdobywały północną Afrykę tamtędy przechodziły i z powrotem jak jakieś państwo z pn Afryki miało aspiracje aby zdobyć Europę - przechadzały się właśnie ta droga.
Nieźle, miejsce ważne, zawsze srogo bronione. Zawsze strategiczny punkt wielkich armii i magiczna przestrzeń 15 kilometrów dzielące 2, zawsze tak bardzo różne światy.
Niektórzy ludzie mówią iż jak jest dobra pogoda to ponoć widać Afrykę. Inni twierdzą ze wcale tak nie jest...chciałbym ją zobaczyć- Afrykę, stojąc dwiema nogami w Europie.

Śniadanie

Mam plan, aby było niezwykle-zwyczajnie. Jadę tam na śniadanie.
Moze najdroższe w moim życiu ale za to śniadanie posypane szczyptą magi i tajemnicy - widać ją czy nie?
Jeśli dotrę to tu:
http://maps.google.com/?ie=UTF8&ll=36.013422,-5.596504&spn=0.034297,0.
Będę około czwartku. Zapraszam!

środa, 28 maja 2008

wracam

Wracam.



Dziwne uczucie ekscytacja pomieszana ze smutkiem.



Moje oststnie trzy doby w Indiach to istny "sajgon".

Ostatnie kilkadziesiat godzin mialem zaplanowane z bardzo niewielkimi lukami w czasie na pomuylki, opoznienia itp. A to spozniam sie na jeden pociag a to nastepny zas zostal anulowany a ja ponad 1500km od lotniska i ledwie ponad 32h do wylotu. To sie staje jak jakas masakra!´- pomyslalem. Nic ! poprostu nic mi sie nie uklada ! Natomiast rikszaze, pracownicy koleji, pracownicy hotelu i oczywiscie sprzedwacy uliczni ....jak jeden maz wyczuli w powietrzu ze "dzis jest dobry dzien aby mnie naciac na jakas kase czy cos".

Wkazdym razie przy dozie szczescia i jak to bywa w zyciu dozie pieniedzy dotarlem! Wkoncu dotarlem do Europy!! Ciesze sie ....nie dlatego ze jestem w europie - cywilizacji, bogactwie, luksucach i czystym powietrzu ...a raczej temu ze udalo mi sie wyrwac z pasma niefartow ostsnimi dniami scigajacymi mnie neublaganie (naprawde zaczalem watpic w pewnym momencie czy uda misie wyjechac z Indii - tp bardzo niekomfortowe uczucie, jakby cos odebralo tobie wolny wybor i wszytsko co robisz w jakims kierunki wiedzie cie do fiaska).


Apstrachujac od powyzszego - jeszcze tam wroce. W moim zyciu Indie staly sie magicznym miejscem:))


Dzis zdezenie ze znajomym. Z cywilicacja. Jeszcze niebylem na zewnatrz, tylko przez okna lotniskowej poczeklani podziwialem ten porzadek ruchu, ta wlasciwa kolejnosc, harmonie. Brak haosu to chyba fundamentalna roznica. Nawet w kafejce internetowej w ktorej siedze to widac...

piątek, 23 maja 2008

Fotosy:)


































Oto kilka zdjatek z :Agra, Puszkar, Delhi, Daramsala, Golden temle - Armitser, Himalaje, Risikesh, Varanasi...



Ogolnie zaczynam sie tu czuc jak w domu.Postura i wygladem zapewne niepasuje za brdzo do tubylcow jednakrze czasem czuje ze wartosci wschodniej kultury sa mi blizsze niz zachodu.



Kolosalne wrazenie wywarla na mnie zlota swiatynia Sitchow. Sitchowie maja bardzo oddany stosunek do wiary i mimo rozwoju calego globu wydaja sie trzymac wartosci swej religii zdala od hipokryzji. Jedna z misji ww grupy jest sluzenie innym ludziom gdzyz sluzeniu ludziom to sluzba bogu.
Z Mikiem (USA), Rosa i Elena (Hiszpania) poznalismy sie przypadkowo w pociagu relacji Delhi Armitser - (od tego czasu podrozowalismy razem okolo 10 dni). Nasz przyjazd do tego miejscas do poczatku wydawal sie odbiegac troche od szablonu mimowolnie spreparowanego moimi wczesniejszymi doswiadeczeniami w Indiach. Facet z taksowki za kurs z dworca do naszej noclegowni zarzadl dosc rozsadnej ceny. Oczywiscie jakis tam turystyczny przelicznik zawkomponowal w jej tworzenie ale niechcial nas orznac jak przeczkolakow. Dojechalismy do zlotej swaityni ze swaidmoscia ze nastepna noc chcemy spedzic w bezplatnej noclegowni znajdujacej sie w jej poglizu. Po chwili mielismy swoj osobny pokok, klucz i klilka rad w tematyce miejsca w ktorym bylismy.
Zadziwijace tez bylo to ze w promieniu okolo 300m od zlotej swiatyni niemozan bylo kupic nic z wyrobow alkoholowych, tytoniowych etc..a sporzywanie ich bylo juz wykroczeniem ponizanym przez ludzi z ulicy. Niesamowita ta ich jednosc.
Wieczorem skozystalismy z darmowej stolowki obslugiwanej volentaryjnie. Wszedlem do tego pomieszczenia wielkosci moze konkretnej sali gimanstycznej ..a tam - moze ze 200 osob siedaczych w rzedach i jedzacyc. Co za manufaktura pomyslalem. Ludzi sa tam zywnieni tysiacami w ciagu jednago dania. Kuchnia jest otwarta przez 24 godziny. Usiadlem na koncu jednego z rzedow i po chwili przeszedl jeden facet z pustym talezem zaraz ponim szedl drugi z wiadrem fasoli za nim zac ktos z chlebem po nich kolesie z woda, kubkami itp...

Niesamowite emocjonalen przezycie.
Nikt nie pytal mnie kim jestem, skad pochodze, co mysle o tym czy tamtym, czy lubie muzulmanow, jaki mam stosunek do boga...nic. Poprostu nic dali nam jesc gdy bylismy glodni.
Po posilku Rosa wpadla na genialny pomysla abysmy pomogli im zmywac - pomyslalem bomba!! Zmywac nieznosze ale tego wieczoru wymylem mzoe ze 200 talezy mich widelcow zyzeczek itp - i bylo genialnie. Zmywalnia byla dostosowana do tak duzego obrtu i troche odbiegala wygladem od naszych europejskich. Znowu bylo to wielki pomieszczenie wzdluz ktorego bylo moze z piec komor z woda. Wokol nich byli poroztatawiani ludzie. I tak to ze 100 talezy i innych wpadalo do pierwszej komory ...tam jak pirani eludzkie dlonie wycigaly je raz poraz stawiajac na spcjalna polke. Potem z tej pulki naczynia wedrowaly do kolory 2, z 2 do trzeciej i tak dalej. Niesamowite bylo to zmywanie. Na przeciwko mnie jakis 12-14letni chlopak, obok niego jakas kobieta, z mojej prawej strony facet ze zlotymi sygnetami na palcach a dalej obok niego ktos kto pieniedzy raczej niewiduje w wiekszych ilosciach. I tak wszyscy jak jeden maz, bez kast, bez podzialow - czyszcza te gary jeden po drugim.



ps. Na jednym ze zdjec zajadm snieg z Himalajow:)))))

czwartek, 24 kwietnia 2008

Aurangabad

















Ostatniego dnia po festiwalu gdzie oto Shiwa sie ozenil wuruszylem w dalsza podroz zwiedzania Indii o uczneia sie "czegos". tym raem bylo troche inaczej gdyz Hampi bylo oststnim miejscem gdzie wszyscy (Mike, Tim, Tim, Jackob i Rayan) podrozowalismy razem. Czesc pojechale na poludnie, czesc na zachod a ja na polnoc...docelowo do Aurangabad. Wlini prostej, n amapie wyglada to nienajgozej jakies 400-500km, noc oz w zyciu jak t obywa jest zupelnie inaczej. Najpierw autobus ktory nota bene mial byc sypialny a w moim europejskim mniemaniu sypiualny byl...ale tylko w polowie - do polowy sie rozkladaly fotele. Ja i caly autobus hindusow, matki z dziecmi, mezowie z zonami i pojedynczy klienci. Otwozylem okno i patrzylem na zmieniajacy sie powoli karajobraz i zajalem sie mysleniem o zyciu co chwile wytracany przez wstrzasy autobusu powodoawne najazdem na dziury (pewnie wielkosci wiadra czy czegos takiego).
Z rana dojechalem do Hyderabad. Bardzo wileki miasto, ponad 6 milionow ludzi z czego zageszczenie wyznawcow Allacha jest dosc wysokie. Niedy przedtem niewidzialem kobiet jezdzacych na motorach (jako kierowcy) w muzulamanskich strojach odslaniajcych tylko oczy. - Sory ale bez kitu taka babka bardziej sprawia wrazenie osoby jadacej zucic koktail molotowa w kierunku dunskiej ambasady niz po kaizerki do sklepu.
Przeszwendalem sie caly dzien aby wieczorem wskoczyc w pociag to Aurangabad.
I sie zaczelo. - Pasmo szczescia tego dnia. Dzis Kasia uswiadomila ze wczoraj byly moje imieniny ...moze to dlatego los zgotowal mi taki swietny dzien:)))

niezwykły fart nr 1

Wdrazajac poraz koejny raz w zycie moja praktyke podrozy pociagiem na wieksze odleglosci - "spac ile wlezie - szybciej minie" schowalem paszport i portwel w majtki i ulozylem sie do snu. Pomimo tego ze ferkfencyjnuie ktos, cos udezalo w moje nogi sterczace w przejsciu sen mi dopisywal:). Niweim czemu ale zalozylem dwie rzeczy: 1- oststnia stacja pociagu to moja stacja, 2- i tak sie obudze przed moja stacja
I tak spal se Wojtek w najlepsze, ludzie go szturchali w nogi a on obracal sie na drugi bok i dalej:)
Obudzilem sie jak pociag stal na jakiejs stacji, cos mnie tknelo zeby zapytac faceta lezacego na wyzszej kondygnacji gdzie jestesmy. Facet powiedzial ze 3 razy "Aurangabad" zanim doszlo do mnie zto nie "jakas tam stacja" tylko to jest "ta stacja". wystrzelilem jak strzala z wagonu dobudzajac sie kilkoma lykami wody na najblizszej peronowej lawce. Pociag po chwili ruszyl dalej ...coz za fart!

Piata rano, ja, plecak duzy z tylu, plecak maly z przodu - ruszylem na poszukiwania luksusowo taniego hostelu o jakim pisali w przewodniku. Niewiem czemu takie skapstawo mi sie zalaczylo ale nawet na propozycje rykszarzy ze zawioza mnie za 10Rs - okolo 50gorszy odpowoiadalem twardo "nie" - a ich wyrazy twarzy - pomieszanie zaskoczenia, niecheci i bezsilnosci.

Dotarlem do hostelu, 7oRs za dobe i luzko w z ktorego stopy (badz glowa go wyboru) wystaja mi poza moskitiere okazujac swa doskonala latwosc konsumpcji lokalnym komarom czy innym zwierzom.
Polozylem sie na chwile, poczytac ksiazke, przyzwyczaic, zrelaksowac sie w nowym miejscu...i obudzilem sie caly zlany potem okolo poludnia. Ten Indyjsnki klimat niedaje zyc dla takich spiochow jak ja. Jak nie budzik, dobra wola - to temeperatura kolege potraktujemy;)

niezwykly fart nr 2
Wybralem sie obejrzec oddalone o okolo 30-40 km jaskinie ("jaskinie Ellora")poswiecone kultowi buddyzmu, hinduizmu oraz dżinizmowi. Pozbywajac sie zachoiwan burzuazyjnych postanowilem skozystac z uslug podmiejskich autobusow. Oto takim cackiem (foto powyzej) wypakowanym ludzmi po ostatni skrawek siedzenia czy podlogi sunelismy w strone jaksin. Co pewien czas zagaja domnie jakis hindus siedzacy po mojej prwej (nazywam to zagajaniem bo niewim jak to nazwac inczaj skoro wszyscy pytaj o to samo : skad jestes? jak masz na imie? co lepsi to : czy masz zone? czy masz rodzenstwo? gdzie pracujesz? a bardzo zaawansowani pytaj co robia moi rodzice. ) to tak wiec sobie rozmowa plynela az do mometu gdy autobus przejzdzal kolo jakiegos zamku ...a ten hindus powidzial ze warto tam isc. - Olsnilo mnie!
-To przeciez calkiem duzy zamek pomyslam......
- I napewno pisza onim w przewodiku
-tak jak o Ellora - jaskiniach tez...
-jak pisza w przewodiku oczyms..to zregoly bilet kosztuje ...dosc sporo

Zaczalem przeszukiwac swoj portwel, kieszenie, plecak i jest! mam 80Rs z czego 40 musze zosatwic na bilet powrotny i ze 30 na wode ...bo uschne.
Po zanku konduktora wysiadlem na odpowiednim przystsanku, poczym zblizylem sie do budek z biletami. Napis wielki i klujacy oczy jak nigdy wczesniej - 250Rs. No to se kur....pozwiedzalem!
Po uzyskaniu infrmacji ze w tym miesteczku niema zadnego bankomatu bylem bliski wdrazenia desperackego panu -...naproscie w swiecie nazbieram sobie na ten bilet. Zrobie krateke zebierma na bilet - pozostalo 210Rs i zajeme sie czytaniem kasiazki.
Po hwili podszed domnie jeden typ z pocztowkami.."i rozpoczyna sie" pomyslaem.
Kolo mowi ze - dobre pocztowki, i bardzo tanio, i ze ma tez kasiazki o jaskiniach Ellora
mowie mu "nie dzieki"
....a on dalej ....ze bardzo dobra cena itp....
ja - "niemam kasy, zapomnialem, niekupie nic"

koles zmienil troche temat i zapytal czy ide obejrzec jaskinie
- niewiem, chcialbym ale niemam pieniedy na bilet i zastanawiam sie co z tym fantem zrobic
-kolo - niemasz pieniedzy??
- ja ..no niemam
-kolo - ty i ja skrut, pieniadze niepotrzebne, idziesz?

i z miejsca poszlismy...ja i moj nowy ziom- Papu.
Papu prowadzil mie przez jakies 15-20 min na okolo gory w kortej wnatrzach ktyly sie jaskinie Ellora. szlismy przez jakies prywatne posesje, ten gadal z ludzmi tam zyjacymi...niewiem czy zagadaywal bo ich znal, czy tlumaczyl sie dalczego chodzimy po czyjejs ziemi czy opowiadal omnie - jakiego to "turyste zablakanego" wyhaczyl. Przeskakiwalismy przez ploty, przekroczylismy jakas droge i zaczela sie wspinaczka. Wchodilismy coraz wyzej i wyzej, idac czy wsopinajac sie po sciezkach (foto powyzej)...a ja najlepsze przypominalem sobie znajoma literature - ponoc w kasiazkach tkwi madrosc:
Czytalem raz w jednej kasiazce, jak jakis tubylec pomagal turyscie wejsc na jakis wysoki punkt w miesie aby tamten mogl zrobic swietne zdjecia jego panoramy. Finalnie jak weszli na to owe wysokie miejsce tamten wyjal nuz i powiedzial co s w stylu :
"...albo skaczysz z tego urwiska i moze przezyjesz,
....albo sprobujesz mnie obezwladnic a ja wloze ci nuz w bzuch i zepchne cie z urwiska ...i nieprzyjesz
....alblo dasz mi swoj portwel a ja odejde" - dal mu kase

Tak sobie sie wspinalismy, Papu przedemna a ja jak wierny pies zanim.
Obeszlo sie bez krwi, doszlismy do pierwszej jaskini, pokazli sie turysci a ja bylem 250Rs do przodu. (ja i Papu na zdjeciu powyzej - Papu trzyma ksiazke o jaskiniach Ellora i Ajanta)

Papu zaja sie biznesem. Sterczal przed jaskinia wciskajac turystom pocztowkii ksiazki o tym miejscu a ja robilem zdjecia i zwiedzalem.
I tak caly dzien chodzilismy od jaskini do jaskini, w drodze opowaidal mi czasem cos o nastepnej badz ostatniej swiatyni jaka widzialem a po dojsciu do nastepnego miejsca -anlogicznie - Pauu robil interesy a ja zdjecia.

zwykly fart nr 3
Po obejsciu polowy jaskin zaczela konczyc mi sie woda a co gorsza zglodnialem.
Strasznie dziwne uczucie, ludzi cie otaczajcy patrza na ciebie jak chodzacy znak euro, badz dolara...- jestes krolikem! i ten kto cie zlapie moze uzanwac sie za szczesliwca bo zaplacisz mu conajmniej 2 razy wiecej niz inni, zrobisz intetes. A tu niespodzianka, odganiam sie od sprzedawcow ie dlatego ze nie chce-...bo chce ..tylko niemam za co kupic tego jedzenia.
Wszedelm do kolejnej jaskini.
Byla naprawde wielka, gignatyczna ...zrobilem kilka zdjec i zdecydowalem posunac sie w jej glab. Jakis hindus zapytal o moj tatuaz na reku, pokazalem mu i potem nawiazala sie standardowa rozmowa. Byl razem z rdzina: zona, siostra jej mezem itp... Pusuwalismy sie wszyscy razem w glab jaskini, troche gadajac troche milczac. Po jakis 10 minutach potkalismy sie ponownie w jednym z jaskini zakamarkow...i nalogicznie cos tam pogadalismy. Wkoncu ten typ mowi domie czy niepojde z nimi wzystkimi na obiad????????
Mowie, nie niemam pieniedyz przy sobie a pozatym niejstem glodny. A on nalega i moi ze to domowej roboty jedzenie i maja je ze soba:) - no to jestm na obiedzie! - pomysalem

Poszilsmy pod jakies drzewo, rozlozylismy gazety a na nich domowe hinduskie jedzenie. Ja i hinduska rodzina...hehe (zdjecie powyzej). Posiedzielismy, zjedlismy pogadalismy troche o tym i o tamtym, na koncu babka w rozowym zerwala kilka lisie z drzewa roznacego ponad naszymi glowami i dala kazdemu po jednym. Powiedziala ze to dobre na trawienie...moze i na trawinie dobre ale smakuje strasznieeee:))))
Podziekowalem ladnie za obiad, chwalac iz ziemniaczki byly bardzo dobre i odszedlem....a moj zim Papu czekal

Po jaskinich wrociem z Papu i Anys-em do maista. Otoz jest jeszcze tansza opcja niz autobus podmiejski - naywa sie miniautobus a jest nim samochod terenowy marki TATA. Kursuja one wszedzie na okolo, bez zadnych tablic informacyjnych czy czego kolwiek poza masa ludzi wewnatrz co sugerowalo by ze mozan tym gdzies dojechac.Ta przejazdzka dosc gruba byla....z przodu razem zemna i kierowca siedzialy 4 osby (2 dozwolone) , tylu 4 albo piec a poza tylna kanapa upchalo sie jeszcze kilku ludzi- jak paczki. Hinduska muzyka, rozspiewany Anys, mroczno cichy tyl samochodu, kierowca stajacy co kilka kilometrow poto aby dolac wody do chlodniacy i ja - taki sobie wojtek:)) (foto powyzej od prawej Ja, Anys, Papu i troche kierowcy widac)

niezwykly fart nr 4

Wieczor, po 19 juz ciemno...lipa pomyslalem co tu robic...nic, ludzi niema w tym hostelu, baru niema w tym hostelu, netu niema w tym hostelu - tam nic niema! Co sprzyjalo temu abym cos najzwyczajnij w swiecie sobie poczytal, i tak mialem zamiar spedzic swoj wieczor. Popijac wode, czytac ksaizke pomyslec o tym i owym. Taki relaks....skaczyl sie ten relaks po jakis 5-10 minutach gdy dalem za wygrana komarom, ktorym, mialem wrazenia moja krew wydawala sie sakowitsza niz wczesniej.
Spacer!- tak to dobry pomysl- pomyslalem
Noi zaczolem spacerowac, w mroku przez te indyjskie brudne ulicze i uliczki, pelane kurzu, smieci i gdzie nie gdzie pocztowek ludzi spiacych na golej ziemi.
Z oddali uslyszalem glosna muzyke (co w Indiach norma niejest) zaczalem zmiezac w tamtym kierunku. otoz byl tam wielki samochod z dosc mocnym swiatlem halogenowym doczepionym do dachu oswietlajacym tlum tanczacych i krzyczacych ludzi.
Od razu wokul mnie pojawilo sie mnostwo zainteresownia, i te pytania...skad jestes? jak masz na imie? podaja reke i odchodza....
No ale mialem tez troche szczescia bo pojawily sie osoby co naprawde chialy cos pgadac...i pogadalismy finalnie okazalo sie ze to jest impreza weselna!!
Poszedlem z 5 hindusami na whisky z kola, pogadalismy troche i doszli do wniosku ze to nie przypadek ze pojawilem sie w tamtym miejscu, ze to znak od bogow i zostalem zaproszony na impreze jako honory gosc!!!!!..heheh
Dostalem stecjalna czapke, i jakas huste na plecy, umazali mi czolo w brokacie i czerwonym powidle i poszlooooo:) (foto powyzej - witamy sie na scenie z panem mlodym:))

Wesele w Aurangabad:) - poznaje kulture Indii!!!!:)